Serie wydawnicze

  • Dla bystrzakow
  • Bez kantow
  • Lekarz rodzinny
  • Seriaporad.pl
  • Bezdroza
  • Michelin

Wydawnictwo Helion

Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63

informacje o księgarni septem.pl
Program Partnerski
O nas
© Helion 1991-2021
W chmurach. Taniec, moje życie

W chmurach. Taniec, moje życie

Autorzy:   ,

W chmurach. Taniec, moje życie
okładka przód okładka tył
Stron: 344
Ksiazka drukowana Druk oprawa zintegrowana 3w1 w pakiecie: PdfPDF ePubePub MobiMobi
Wydawca: Editio
Wydawca: Editio
Cena:
59,00 zł
Cena promocyjna: Oszczędzasz: 11,80 zł
47,20 zł 59,00 zł
Dodaj do koszyka
Kup terazstrzalka
+ do przechowalni

Druk
Książka drukowana
59,00 zł
eBook
Pdf ePub Mobi
47,20 zł
59,00 zł

Stefano Terrazzino. Znacie go z pewnością jako tancerza i osobowość telewizyjną. Odkąd pojawił się w Tańcu z gwiazdami, jest obecny na naszych ekranach. Jego taneczne partnerki mogą być pewne, że Stefano ich nie zawiedzie. Zawsze (w przenośni i dosłownie) mogą się na nim wesprzeć.

Jednak jego droga do gwiazd i serc Polek wcale nie była prosta. Z zawodu Stefano Terrazzino jest... krawcem teatralnym. Tańczyć zaczął dopiero w wieku szesnastu lat ― bardzo późno ― i nie po to, by zostać kimś sławnym, a raczej by przełamać wreszcie chorobliwą nieśmiałość. Taniec okazał się jego żywiołem, jego życiem, jego przepustką z Mannheim, gdzie się urodził i wychował, przez słoneczną Sycylię do chłodnej i, wydawałoby się, mentalnie niezwykle odległej Polski. A jednak to właśnie tu, w Polsce, tancerz rodem z gorącej wyspy znalazł swoje miejsce. Tu tańczy, śpiewa ze swoim zespołem, reżyseruje spektakle, gra w teatrze, tworzy choreografię. Na Sycylię chętnie wraca ― i zaprasza na nią nasze rodaczki. Wraz z Pauliną Biernat uczy swoje podopieczne tańczyć, z kolei z mamą Giovanną podpowiada, jak gotować w przepysznym włoskim stylu.

Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o życiu i karierze Stefano Terrazzino, koniecznie sięgnijcie po tę niezwykle szczerą opowieść, powstałą na podstawie rozmów, które z jej bohaterem przeprowadziła Ewa Anna Baryłkiewicz.

Patron medialny:

Un momento! (7)

Rozdział 1. Ale... Alessandro! (13)

Rozdział 2. Ten obcy (24)

Rozdział 3. Chłopiec w chmurach (33)

Rozdział 4. Raffadali. Włoskie lato (44)

Rozdział 5. Pałka, zapałka, dwa kije (52)

Rozdział 6. (Non?) Siciliano vero (61)

Rozdział 7. Seks, kłamstwa i kasety wideo (69)

Rozdział 8. Ciao, ciao bambina (81)

Rozdział 9. Włoskie dolce far niente (93)

Rozdział 10. Tańcowała igła z nitką (101)

Rozdział 11. Krawiec na baletach (108)

Rozdział 12. Teraz albo nigdy (119)

Rozdział 13. Mów mi "mistrzu"! (130)

Rozdział 14. Żule w taxi i inna stara śpiewka (138)

Rozdział 15. Tańczący z gwiazdami (151)

Rozdział 16. Warszawa (jednak!) da się lubić (159)

Rozdział 17. Wypijmy za błędy, czyli "Cin Cin Amore"! (173)

Rozdział 18. Dziękuję, nie tańczę! (182)

Rozdział 19. Bo do tanga trzeba dwojga (198)

Rozdział 20. "Let's Dance" Germany! Czyli: jak pech, to pech... (211)

Rozdział 21. Bo we mnie jest seks... czyli skutki uboczne tańca (225)

Rozdział 22. Cicho(sz)...a! I koniec migania (239)

Rozdział 23. Biełyje rozy w zębach Cesárii Évory (253)

Rozdział 24. Rodzina Violino (273)

Rozdział 25. Canto cantare i Piękni Buntownicy (290)

Rozdział 26. Sycylia, moja piękna (302)

Rozdział 27. Don Stefano i jego sycylijska "mafia" (312)

Rozdział 28. Powrót do korzeni (327)

Koniec, czyli... nowy początek (338)

Marzenia pojawiają się, kiedy najmniej się ich spodziewasz Większość spośród czytelników „w ciemno” by powiedziała, że w przypadku Włocha, Stefano Terrazzino, wszystko zaczęło się i sprowadza się do tańca. Większość - nie wyłączając z tego grona mnie samej. „Będzie o tańcu, o kulisach tego jakże pięknego sposobu wyrażania swoich emocji poprzez godziny treningów, kontuzji, wyrzeczeń…” - tak pomyślałam, a okazało się to wcale nie takie proste, oczywiste i… rzeczywiste? Tytuł tym bardziej nie pozostawiał złudzeń, że tak musi być, ale jak się można przekonać na łamach publikacji pt. „W chmurach. Taniec, moje życie.”, nie tylko o taniec chodzi. I taniec nie był pierwszą profesją, jakiej Stefano zdołał się nauczyć. Ale o tym można przeczytać, sięgając po ten właśnie e-book. Szkoda zdradzać wszystko, bo nie o to chodzi. A więc od czego zacząć? Stefano, czemuż żeś jest Stefano? Śmieszne pytanie dokładnie obrazuje to, jak niektórzy ludzie widzą przystojnego i zabawnego niekiedy Włocha. Ten to ma dobrze - płynie w nim włoska krew, więc latynoskie klimaty ma po prostu we krwi. Co tam dla niego jakieś passo doble, czy tango argentino? Jednak od palców, czy od pięty, rama taka czy taka? Tego nie można już mieć we krwi, podobnie jak „bycia w muzyce” i „bycia w parkiecie” podczas tańca. Wygrał przecież dwa razy kryształową kulę, więc jest the best - ktoś mógłby spointować. Owszem, jednak wiele razy nie wygrał, a mógłby, gdyby wszystko sprowadzało się wyłącznie do jego umiejętności tanecznych. Czasem nie dopisze publiczność, czasem nie wszystko „gra” między partnerką a partnerem w tańcu, a kiedy indziej po prostu ma się pecha. Śmieszne jest czasem to, kiedy człowiek uświadamia sobie, że jest rozpoznawalny. Będąc w Tańcu z gwiazdami, pracując w pocie czoła przez kolejne edycje, nawet nie dostrzega się tego, że ludzie kojarzą twarz z imieniem i nazwiskiem, że wiedzą, czym się zajmuje Stefano, że mu kibicują, że proszą o autograf, nawet wtedy, gdy jest to absolutnie nie najlepszy pomysł… Czy Stefano jest człowiekiem w czepku urodzonym, czy jest urodzonym człowiekiem sukcesu? Na łamach tej publikacji można się głęboko nad tym zastanowić… Z pewnością nie można nie docenić tego, jak umie się zachować w sytuacji, która jest dla niego, mówiąc delikatnie, niekomfortowa. Do tego, nie znając zbyt dobrze naszego języka, czy zbyt wielu ludzi z naszego kraju. Coś w tym musi być, że Stefano doszedł tak daleko, ale na pewno nie jest to jego miły, szelmowski uśmiech ani nie jest to jego ułożona fryzura, czy sympatyczny sposób bycia. Chociaż tych cech nie można mu odmówić. Włoch z Włoch z tych Włoch? Karnacja i akcent Stefano wyraźnie wskazują, że ma coś wspólnego ze śródziemnomorskim klimatem. Można się założyć o milion, że urodził się w kraju, który kształtem przypomina but, jak to się mawia w Polsce. Można się założyć i… przegrać. Tak, czy to nie niewiarygodne? Być Włochem, a jednocześnie wychowywać się z dala od Italii? Być Włochem, a mówić średnio po włosku, no w każdym bądź razie nie jak rodowity Włoch, a bardziej jak… cudzoziemiec? A jednak… Włoch, ale nie dla wszystkich. I co on właściwie robi w Polsce? Skąd on się tutaj wziął? Gdzie jest Polska, a gdzie są Włochy? Dlaczego został tak długo? Czy to taniec to uczynił? Czy może splot różnych dziwnych wydarzeń… Gdyby ktoś powiedział, że będę tu, gdzie jestem, powiedziałbym, że jest szalony! Tym oto nagłówkiem można zobrazować różne perypetie z życia Stefano Terrazzino, który tak naprawdę wcale nie zabiegał o to, żeby jego życie tak się właśnie potoczyło. Ciężko pracował, ale jego cele życiowe nie były aż takie pod same chmury. Co ciekawe, wiele osób, które były obok, gdy podejmował się różnych wyzwań, też nie wierzyło, że może mu się udać, że zajdzie tak wysoko. Weźmy na przykład program pt. „Twoja twarz brzmi znajomo”. Kto by przypuszczał, że tancerz, który tak naprawdę mógłby „robić” za tło inscenizacyjne, stanie się główną gwiazdą i pretendentem do finalnej nagrody? Kto mógł przypuszczać, że postawi poprzeczkę tak wysoko… samemu sobie? Kto mógł wiedzieć, że Stefano jest tak mocno kreatywny i wrażliwy - czy on sam to wiedział… Ten program uświadomił mu i pewnie nie tylko jemu, że nie trzeba w życiu okopywać się tylko i wyłącznie na tym polu, na którym ktoś czuje się pewnie i na którym odnosi sukcesy zawodowe, z którym jest kojarzony przede wszystkim. Nieraz robiąc coś, czego nikt się po tobie nie spodziewa, można doświadczyć czegoś tak niezwykłego i surrealistycznego, że powrót do tego, co było wydaje się już niemożliwy. Stefano idzie więc dalej, bo jakże by mógł spocząć na laurach, czy osiąść na tańcu, który przez tyle lat czytał, że na tę chwilę wydaje się, nie kryje przed nim żadnych tajemnic. Podejmował najrozmaitsze wyzwania, tańczył z różnymi partnerkami, które wnosiły swoją wartość i które on również w jakiś sposób otwierał. Przyszedł czas na coś więcej… Marzenia pojawiają się ot tak, gdy coś się stanie, czego się nie planowało Czym jest marzenie? Czy to rodzaj pragnienia, czy może śnienia na jawie o czymś, co mogłoby być, gdyby okoliczności były inne? Jakby tego nie nazwać, marzenie pojawia się nieraz nie wiadomo kiedy. Najczęściej, gdy poczuje się coś wyjątkowo mocno, jak to się mówi „w kościach”. Kiedy ktoś wie, że „to jest to”, że tym właśnie chciałby się zajmować, temu poświecić swoją uwagę i w tym kierunku rozwijać swoje skrzydła. Marzenia bywają nieraz niezwykłą próbą charakteru, to znaczy proces, który ma na celu dojść z punktu „a” do „b”. W przypadku Stefano marzenia tak jakby spływały do niego poprzez wydarzenia, na które bliscy zwrócili uwagę. Zwrócili uwagę, by i on się im przyjrzał. No więc się przyglądał, aż któregoś razu zdarzyło się coś tak niezwykłego, że przyglądał się analizując i analizując, zaczął odczuwać potrzebę, żeby spróbować swoich sił na parkiecie. I jak? No nie był wcale najlepszy. Tak naprawdę to, znów muszę to powtórzyć, wszyscy myśleli, że to taki rodzaj hobby, coś jak chodzenie na kręgle, czy do kina. Być może to, że nikt mu nie wróżył sukcesu (poza jednym człowiekiem, który powiedział coś o gwieździe na czole), sprawiło, że chciał być naprawdę dobry w tym sporcie, jak to określa Stefano. Marzenie, żeby być dobrym na parkiecie, żeby osiągnąć klasę mistrzowską… Nic nie zapowiadało, że się to uda i że uda się to w tak młodym wieku. Niezwykłe jest to, jak poprzez zaangażowanie można podświadomie odłożyć wszystkie te wymarzone osiągnięcia na dalszy plan. Jak człowiek potrafi się skupić po prostu na tym, co robi, nie zastanawiając się, jaki obecnie jest jego poziom i czy jest w stanie sprostać wysoko podniesionej sobie poprzeczce. Człowiek o stu twarzach, czy będący sobie „sterem, żaglem i okrętem”? Gdy Stefano raz przechadzał się i dostrzegł na wystawie jednego z butików elegancką odzież, już chciał ją kupić, jednak cena okazała się poza jego zasięgiem. Co zrobił? Odłożył i kupił później, pożyczył i kupił - nie, Stefano postanowił sam ją sobie uszyć. Jak to mówią, potrzeba matką wynalazków, a w przypadku Stefano, nie dość, że uszył sobie odzież na swoją miarę, to jeszcze wybrał znacznie lepszy gatunkowo materiał, a cały strój kosztował go ułamek kwoty, jaką by musiał zapłacić, gdyby jednak coś go podkusiło i wręczyłby zadowolonemu sprzedawcy gruby plik banknotów. Cały Stefano, można by powiedzieć, gdy już przeczyta się chociaż kilkanaście stron. W tej publikacji naprawdę udaje się do niego zbliżyć, do tego, jaki jest poza kamerami i mediami. Z drugiej strony są te wszystkie programy i w tańcu kreował scenerię do każdego kolejnego wystąpienia, jakby to był jakiś teatr, a nie program rozrywkowy. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo pociąga go sztuka. Tak czasem bywa, że to, co inni widzą w tobie na kilometr, ty sam dostrzegasz to dopiero wtedy, jak musisz się w tym zanurzyć po czubek głowy. Czy jest człowiekiem o stu twarzach - bardziej człowiekiem, który odkrywa w sobie kolejne pokoje, w których otwiera okna i skąd patrzy na coś z innej perspektywy. Bo Stefano to zodiakalny lew! Skoro Stefano jest zodiakalnym lwem, to znaczy, że idzie przez życie jak burza, że wszystko ma w zasięgu ręki, nawet jeśli dla innych wydaje się to niemożliwe. Czyżby? Jeśli chodzi o zodiakalnego lwa, to, biorąc pod uwagę moje osobiste doświadczenia z ludźmi spod tego znaku, umie roztoczyć wokół siebie niezwykły czar. Jest takim słoneczkiem, można powiedzieć, które sprawia, że ludzie chcą mu pomóc, chcą pomóc mu osiągnąć to, co jest dla niego ważne w życiu. Stefano o nic nikogo nie prosi, nie stara się wkupić w niczyje łaski. Jest po prostu zaangażowany, obecny w każdej chwili, we wszystkim, co robi, bo każda chwila jest cenna, bo nic się nie powtarza, bo każda chwila stwarza możliwości, bo każda chwila jest podróżą. Lwy - te zodiakalne, mają w sobie coś królewskiego. Co to takiego? To ich nastawienie do życia. Jak się pracuje, to się pracuje, a jak się człowiek bawi, to się bawi. Wszystko ma swój czas i wszystko powinno być możliwie na sto procent, bo wtedy człowiek czuje, że żyje. Wtedy to, co robi daje energię, by robić to nadal, by robić jeszcze więcej, by starać się jeszcze bardziej. Wtedy to ma sens. Stefano to taka gwiazda, że ho ho ;) A prawda wcale taka nie jest… Jedyne, co ma gwiazdorskiego, to taki niezwykły luz i entuzjazm, które bywają zaraźliwe. Tak naprawdę to przepada za swoim normalnym życiem poza blaskiem świateł i sam zresztą zaczyna rozmowę z Ewą Anną Baryłkiewicz od stwierdzenia, że kto w ogóle przeczyta tę e-książkę, przecież jego życie jest takie zwyczajne. On jest taki zwyczajny, komu by się chciało czytać takie zwyczajności… Czytając tę publikację można się zdziwić… nie raz Już chociażby z tego powodu warto sięgnąć po e-booka pt. „W chmurach. Taniec, moje życie”. Naprawdę jest wiele takich wydarzeń, które mogą dać do myślenia. Również nad swoim życiem, czy nad życiem w ogóle. Co jest ważne, co jest pilne, co jest potrzebne, co można odłożyć, z czym trzeba żyć, o czym warto pamiętać, a co najlepiej zapomnieć. Ten, kto spodziewa się długiego monologu, rozbitego na kilka rozdziałów, mocno się rozczaruje in plus albo in minus, w zależności od tego, z jakim nastawieniem podchodzi do e-booka kolejnego celebryty. Co taka osoba może powiedzieć, czy nie jest to po prostu próba zwrócenia na siebie uwagi, jakiś sposób promocji siebie, bo nagle zrobiło się cicho. Takie myśli z pewnością mogą się pojawić, gdy ktoś natrafi w księgarni internetowej na publikację Stefano Terrazzino. Niemniej nie uważam, żeby czas spędzony na czytaniu bądź co bądź jakiegoś przekroju historii o szerszym wymiarze poszedł na marne. Spodziewałam się czegoś innego, a dostałam coś, czego dzisiaj nikt tak naprawdę nie daje ot tak, czyli nie otwiera się tak bardzo, wypychając z siebie na pierwszy plan szczerego chłopaka, który zszedł ze sceny, żeby powiedzieć „Cześć, jestem Stefano. Chodźmy porozmawiać, bo tutaj jest za głośno”. Prawdę mówiąc, od pierwszego rozdziału zastanawiałam się, jak napiszę tę recenzję. Nie wierząc zbytnio w to, że to możliwe. Jak zrecenzować e-booka, który nie jest ani powieścią, ani poradnikiem, ani czystą biografią, ani listem… Mam nadzieję, że czytelnicy, którzy zahaczą oko na tej treści, wybaczą mi tę skromną próbę ujęcia tej niezwykłej publikacji w sposób niezbyt na serio, ale też nie do końca na wesoło.

- Paryjczak Marta

    pokaż wszystkie
    logotypy