Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
- informacje o księgarni septem.pl
- Program Partnerski
- O nas
- © Helion 1991-2012
Recenzje prasowe
-
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Robb Maciąg w ostatnim czasie wydaje książkę za książką (Podręcznik przygody rowerowej już czeka, aby pojawić się na półkach). Tysiąc szklanek herbaty to kolejna opowieść o ludziach napotkanych po drodze. Tym razem podczas wyprawy Jedwabnym Szlakiem.
Zacznę od małej „złośliwości”. Ale mam nadzieję, że odebrana zostanie z przymrużeniem oka, bo taki jej zamysł, a Robb na szczęście nie należy do osób, które napinają łydę. Jakiś czas temu, rozmawiając z jedną z redakcyjnych koleżanek na temat jego najnowszej książki, doszliśmy do wniosku, że jeszcze do niedawna Robb Maciąg był panem od rowerów (to ten gościu co był w Indiach na rowerze. W Chinach też był. No wiecie, on wszędzie jeździ na rowerze!). Teraz można by rzec, że jest specjalistą od spotykania dobrych i bardzo pozytywnych ludzi (rower nadal jest, ale jakby na drugim planie). Nie wiem czym będzie się specjalizował w przyszłości (słuchy chodzą, że wraca do rowerów), ale faktem jest, że pozytywne i mocno zarażające książki, to on potrafi pisać. I taką jest też Tysiąc szklanek herbaty.
W praktycznie każdym kraju na drodze Ani, Robba i towarzyszącego im Bena – Syrii, Turcji, Iranie, Turkmenistanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Chinach – picie herbaty jest w pewnym sensie rytuałem. Więc okazja ku temu, aby przystanąć i napić się z miejscową ludnością herbaty nadarzała się co chwilę. Czasami nawet zbyt często. I nie kończyła się tylko na herbacie. Zdarzały się i takie historie, gdy zwykłe pytanie o możliwość rozbicia namiotu przeradzało się w ogromną kolację, w której uczestniczyła cała rodzina z ośmioma braćmi gospodarza na czele (historia Abdul Aziza spotkanego w Syrii). Takich opowieści znajdziecie tu sporo.
Niby nie ma w tych historiach nic niezwykłego, bo przecież wiele podróżniczych książek wydawanych w ostatnim czasie, jest do siebie podobnych. Śledzimy w nich trasę autora, przemieszczamy się oczami wyobraźni razem z nim. Ale… No właśnie, Robb należy do tych osób które potrafią ciekawie i bardzo barwnie (choć nie koloryzując, a jeśli nawet to nie odczuwa się tego :)) opowiadać przeżyte historie. Ma też drugą umiejętność. Potrafi przelać swoje opowieści na papier. A to już nie jest takie proste. Delektuje się rzeczami z pozoru błahymi, wynosi je na piedestał, tak jak tytułowe picie herbaty, ale dzięki temu ukazuje urok i bardzo charakterystyczne cechy danego miejsca, co sprawia, że wyobraźnia czytelnika działa jeszcze lepiej.
No i są jeszcze wszechobecne spostrzeżenia Robba dotyczące wielu różnych kwestii współczesnego życia, które pojawiają się w każdej jego książce. Niby bardzo proste i prozaiczne, ale coraz bardziej charakterystyczne dla jego książek i maksymalnie szczere.
Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca. Podróżowanie zwraca nam życie. Zabiera nas do istoty rzeczy, zabiera nas w przeszłość, do czasów, gdy to nie współzawodnictwo rządziło światem, ale współpraca. Jedność i zaufanie. Bez tego nie można było przeżyć zimy, powodzi, zarazy.
~~
Jak powiedział kiedyś mój kolega z pewnego kraju w Azji Środkowej: „Ja wszystkim tłumaczę, że do nas to tylko gołodupce przyjeżdżają. Jak któryś ma pieniądze, to jedzie do Egiptu i na pewno nie na rowerze.
Fakt.
Naszym majątkiem nie był portfel.
Naszym majątkiem był wolny czas.
I mijani ludzie – to oni byli naszym prawdziwym wspomnieniem i to od nich zależało, jaka ta podróż będzie.
Czytając tę książkę (prostokątną, bo każda książka jest prostokątna, ale akurat ta jest prostokątną w taki sposób, że tam gdzie powinna być węższa, to jest szersza, a tam gdzie powinna być szersza jest węższa :)) nie odczuwa się, że autor, jest wielkim odkrywcą tego co już odkryte i że dociera w maksymalnie ukryte miejsca. On tam jest raczej przy okazji, a głównym bohaterem jego opowieści są spotkani ludzie i ich historie, a nie sam fakt podróżowania.
Podsumowując, podejrzewam, że nawet Mariuszowi Jajeśniakowi, naszemu ulubionemu krytykowi książek podróżniczych Tysiąc szklanek herbaty przypadłoby do gustu. Zatem śmiało możemy ją polecić. -
Maraton. Trening metodą Gallowaya
MARATHON! YOU CAN DO IT
Celowo przytaczam amerykański tytuł książki, która w Polsce wychodzi jako „Maraton. Trening metodą Gallowaya”. Według mnie pełniej oddaje treść niż jego polski odpowiednik. Tak, jestem zdania, że do maratonu można dojść. I, że każdy może go ukończyć. Oraz, że nie jest dla zawodnika żadną ujmą gdy na trasie regularnie, jeszcze zanim poczuje „ścianę” urozmaica bieg przerwami na marsz.
Debiutant ma z reguły przed pierwszym startem startem mnóstwo pytań. Na większość z nich znajdzie odpowiedzi w podręczniku Jeffa Gallowaya. Autor, olimpijczyk i trener, wiele lat temu stworzył program pozwalający każdemu przygotować się do maratonu i z sukcesem go ukończyć. Niejednokrotnie odwołuje się do własnych doświadczeń, przywołuje też przykłady swoich podopiecznych.
Bardzo żałuję, że nie przeczytałam tej książki dziesięć lat temu; wtedy mój debiut nie przypominałby pewnie skoku na główkę do pustego basenu. Ale i teraz nie jest za późno na lekturę. Z jednej strony jest tu solidna dawka wiedzy z fizjologii, teorii treningu, psychologii (świetny rozdział poświęcony motywacji) z drugiej mnóstwo porad praktycznych: jak wiązać buty, jak wyeliminować kolkę, jak biegać w czasie mrozów a jak w upale, co spakować do torby dzień przed startem.
„Im trudniej na treningu tym łatwiej na zawodach” – zwolennicy tego hasła będą się czuli zawiedzeni. Jeff Galloway przekonuje, że można inaczej. Terminologię biegową zaczyna od treningu uzupełniającego, poświęca mu też osobny rozdział; zwraca uwagę na niebagatelną rolę odpoczynku (tak, to też środek treningowy).
Autor nieustannie podkreśla to, o czym często zapominam: że bieganie to spontaniczna radość, a trening do maratonu ma służyć przede wszystkim podtrzymaniu zdrowia, sprawności fizycznej i psychicznej, niekoniecznie zaś walce o wyrwanie kilku minut kolejnej „życiówce”.
Dziesięć lat temu trudno mi było uwierzyć że jestem w stanie przebiec maraton; teraz mam ochotę zrobić to w czasie 3:30. Całkiem możliwe, że Jeff Galloway zostanie moim trenerem. -
Gotowanie dla Geeków. Nauka stosowana, niezłe sztuczki i wyżerka
Jakiś czas temu zauważyliśmy, że prawie każdy startup ma przepis na usprawnienie życia i rozwiązanie problemów swoich użytkowników. Natomiast prozaiczny problem jedzenia oraz tego czym się żywimy na co dzień jest bardzo często po prostu "przemilczany". I nie mówimy tutaj o braku startupów związanych z odżywianiem i dietą, bo takich jest dosyć dużo, lecz o tym, co tak naprawdę jemy.
Zapewne jest to po części związane z pokutującym stereotypem, że jedyną "technologią" w kuchni jest energia elektryczna zasilająca piekarnik. Tak czy inaczej, aby nie podtrzymywać stereotypów chcielibyśmy zwrócić Waszą uwagę na książkę, która naszym subiektywnym zdaniem doskonale trafia w target naszych czytelników, a po zapoznaniu się z nią nie jednemu startupowcowi poprawi jakość codziennie spożywanych posiłków.
Zastanawialiśmy się wspólnie ilu z Was kiedykolwiek miało w rękach jakąś książkę kucharską. Wszystkich tych, którzy używali jej jako podkładki, przycisku do papieru lub dekoracji własnoręcznie powieszonej półki na ścianie, musimy zmartwić - chodzi nam jedynie o takie przypadki, gdy faktycznie potrzebowaliśmy jej w tym celu, dla którego została napisana, czyli albo poszukiwań inspiracji do wykonania w nowy, niekonwencjonalny sposób czegoś, co już umiemy lub szukania informacji, które pozwolą nam zrobić cokolwiek, co utrzyma nas przy życiu i nie pozwoli umrzeć z głodu podczas ciężkiej pracy.
Tak więc, aby nie odbiegać zbytnio od tematu wiemy już, że istnieją książki kucharskie, wiemy do czego służą tylko nie zawsze wiemy jak z nich korzystać, a przede wszystkim jak ciąg znaków i liter przekształcić w logiczną całość, którą można zmieścić na talerzu i zjeść. Pół biedy, jeśli poza samym kodem w książce podane są wizualizacje poszczególnych kroków kodowania, wówczas genialność naszego mózgu pozwoli porównać efekty poszczególnych etapów na obrazku z tymi w naszym garnku, misce lub talerzu. Jak nie ma obrazków jest już znacznie gorzej.
Jak zatem przekonać się, że to co robimy ma sens i prowadzi nas do określonego celu? Jak znaleźć logikę w poszczególnych krokach, jak wyjaśnić dlaczego z białego nagle robi się czarne, czy w jaki sposób coś, co miało objętość naszej pięści, w ciągu kilkunastu minut urosło sześciokrotnie? I najważniejsze, jak nie zniechęcić się do gotowania zanim tak naprawdę zaczniemy? To najprawdopodobniej jest najczęstsza bariera do pokonania jeszcze przed przekroczeniem progu kuchni (pomijamy oczywiście czysto ludzkie i tak często towarzyszące nam lenistwo).
Wydana w ubiegłym roku książka „Gotowanie dla Geeków" autorstwa Jeffa Pottera, informatyka i kucharza, którą mieliśmy okazję przestudiować dzięki uprzejmości Wydawnictwa Helion zainteresowała nas na tyle, by z czystym sumieniem ją Wam polecić.
Nie znajdziemy w niej przepisów czasami trudnych nawet do przeczytania, zniechęcających nie tylko do gotowania, ale i w ogóle do podejmowania jakichkolwiek prób zbliżenia się do kuchni.
Od pierwszych stron znajdziemy w niej paletę ciekawych wyjaśnień reakcji chemicznych jakie zachodzą w produktach żywnościowych podczas gotowania, cenne wskazówki jak skalibrować domowy piekarnik, by wypiekana w nim pizza nie różniła się od tej serwowanej w pizzerii, czy jak gotować przy minimalnym wykorzystaniu naczyń - efekt - mało zmywania!
"Gotowanie dla Geeków" to skarbnica przystępnie przekazanej wiedzy nie tylko na temat prawidłowych proporcji składników ciasta na naleśniki, to przede wszystkim odpowiedź na najczęściej zadawane w kuchni pytanie "co, z czym i na jak długo?". Wszak w gotowaniu przecież nie chodzi o to, aby coś przypadkiem było smaczne. Chodzi o to, by wiedzieć co i jak szybko i sprawnie zrobić, aby było zawsze smacznie, nawet bez pomocy książki :)
Wszystkich sceptyków serdecznie zapraszamy do lektury a tych, którzy swobodnie poruszają się w tematyce gotowania zapraszamy do weryfikacji przepisów proponowanych przez autora. -
Fotograf w podróży
Z dużym zainteresowaniem sięgnąłem po nową książkę wydawnictwa Helion „Fotograf w podróży” autorstwa Piotra Trybalskiego. Temat fotografii i podróży chociaż bardzo aktualny, wydawał mi się już nieco wyeksploatowany przez różnego rodzaju warsztaty, artykuły w prasie fotograficznej czy na portalach związanych z jednym czy drugim tematem.
Czy ta książka wniesie coś nowego?
Tytułowy temat autor potraktował całościowo, od przygotowań przed wyjazdem, aż do sposobów publikacji fotografii po wyprawie. Czy tak rozległy temat można, nie idąc na skróty zmieścić na 320 stronach? Okazuje się, że tak i zrobione jest to zgrabnie, rzeczowo i z polotem.
Poradnik podzielony jest na 6 rozdziałów, ale jako najważniejsze części wyróżniłbym dwie. Pierwsza poświęcona jest tzw. „technikaliom”. Czyli jaki sprzęt, jak go zapakować, jakie akcesoria dobrać, jak to wszystko zabezpieczać i ergonomicznie używać. W przypadku wszelkich poradników fotografowania w podróży jest to temat pewny. Często, przez wielu autorów traktowany jako jedyny, który należy zawrzeć w poradniku dla podróżującego fotografa. Piotr Trybalski także umieścił zagadnienia związane ze sprzętem na początku swojego przewodnika. Jednak nie dlatego, że są to informacje najistotniejsze. Mam wrażenie, że zrobił tak dlatego aby najciekawsze, najbardziej inspirujące rozdziały zostawić jak deser – na później. Już w „sprzętowej” części książki ujawnia się ogromne doświadczenie autora. Cóż są warte porady nie wynikające z praktyki? W najważniejszym rozdziale „Jak fotografować w podróży” dochodzimy do esencji, czyli porad dotyczących tego co dla nas najważniejsze – fotografowania. Jakkolwiek w kwestiach technicznych, do wielu spostrzeżeń i technik możemy dojść sami, ten przewodnik wyraźnie skróci drogę jaką powinniśmy pokonać aby uzyskać sprawność warsztatową. Zdobycie jednak informacji jak, kiedy i co warto fotografować może okazać się samodzielną pracą na wiele lat. Z podróży pragniemy zawsze przywieźć jak najciekawsze zdjęcia, poradnik Trybalskiego czytany z uwagą ma szansę nam w tym pomóc.
Warto, szczególnie w nowych miejscach, egzotycznych i dla nas wyjątkowo atrakcyjnych spędzić przynajmniej jeden dzień bez aparatu. Fotografowanie powłoki, zewnętrznego opakowania, może okazać się nudną, powielaną przez tysiące amatorów rutyną. Ciekawe jest to co na pierwszy rzut oka niewidoczne. Jeśli jeszcze do tego potrafisz wybrać najlepsze światło do twojego tematu – zdjęcia mogą okazać się wyjątkowe. Jeśli w stosunku do człowieka, którego chcesz zaprosić przed twój obiektyw okażesz prawdziwe zainteresowanie i szacunek – on odwdzięczy się odsłaniając kawałek prawdziwego siebie. To tylko krótkie streszczenie niektórych fragmentów. Połączenie konkretnej recepty, z naszą intuicją wyczuciem, doświadczeniem i wiedzą to obfity zbiór porad, dla których warto sięgnąć po „Fotografa w podróży”.
Duże brawa należą się autorowi za uświadomienie nam, że do bliskich, weekendowych podróży warto podchodzić podobnie jak do tych dalekich, egzotycznych. Chodzi oczywiście o podejście do fotografowania.
Książka jest napisana lekkim, zrozumiałym nawet dla niewtajemniczonych językiem. Autor w przystępny i emocjonalny sposób dzieli się swoim doświadczeniem i historiami swoich zdjęć. Jest z czytelnikiem szczery. Szczególnie opisy zdjęć zapadają w pamięć i stają się inspirujące. „Dzieci […] zawsze się wstydzą. Twoje zadanie – sprawić, żeby maska wstydu szybko zniknęła z ich twarzy. Po prostu pokaż, że też jesteś dzieckiem.”
Miód się polał i szczypty dziegciu nie zabraknie. Niektóre zamieszczone fotografie ucierpiały na jakości podczas druku lub przygotowania. Wybór zdjęć można było bardziej ograniczyć. Pisząc o lustrzankach, warto także napisać o markach innych producentów. W tekście, uważny czytelnik doszuka się kilku błędów i nieścisłości, które jednak nie wpływają na dobry odbiór „Fotografa w podróży”.
Dla kogo jest ten przewodnik? Dla osób, łączących swoje pasje podróżowania i fotografii, ale ciągle poszukujących jak nadać swoim zdjęciom więcej wyrazu, tak aby stały się pięknymi fotografiami z podróży. Także dla fotoamatorów podróżujących w zorganizowanych grupach z tzw. biurem. Doświadczony fotograf-podróżnik z pewnością znajdzie tu coś dla siebie, zawsze warto z pokorą skorzystać z wiedzy i doświadczenia kolegi „po fachu”. -
Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań
Wróciłam z moich wojaży i to nawet jakiś czas temu, ale jak to bywa w życiu, rzeczywistość mnie zassała. Na szczęście powrót był o tyle miły, że w skrzynce czekała na mnie niespodzianka pod postacią książki Hélène Dujardin Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań.
Blog autorki, Tartalette od dawna znajduje się wśród moich ulubionych i choć nigdy z niego nie gotowałam, to uwielbiam oglądać umieszczane na nim zdjęcia. Jak tylko usłyszałam, że Hélène Dujardin napisała książkę i ukaże się ona po polsku, wiedziałam, że prędzej czy później będę ją miała.
Cóż, właśnie skończyłam lekturę i muszę powiedzieć, że to najlepsza książka o fotografii w ogóle jaką miałam w rękach. Podstawowe pojęcia i techniki robienia zdjęć wytłumaczone są w sposób bardzo prosty i przystępny. Dodatkowo ilustrowane są przykładowymi zdjęciami (z podanymi parametrami), którym towarzyszy szczegółowy opis. Może wstyd się przyznać, ale naprawdę po raz pierwszy w życiu działanie ustawień przesłony, czasu, ekspozycji itd., jest dla mnie w pełni jasne.
A to tylko początek, bo dalej autorka skupia się na problemach fotografii ściśle kulinarnej, czyli na tym jak oświetlenie, perspektywa ujęcia, dobór tła czy rekwizytów wpływa na odbiór danej fotografii. A co za tym idzie danej potrawy. Właściwie do tej pory robiłam zdjęcia z podejściem takim, że mają dokumentować smaczne danie. Mają je ładnie, apetycznie przedstawiać. Hélène Dujardin przekonuje, że zdjęcie kulinarne powinno opowiadać jakąś historię i że poprzez zmianę tła, ujęcia, rekwizytów możemy zupełnie inaczej pokazać tę samą potrawę. Takie podejście wydaje mi się szalenie interesujące.
Bardzo mi się też podoba praktyczne podejście autorki do sprzętu. Wiadomo, fotografia to drogie hobby i na pewno na początku zabawy nie ma co inwestować w niewiadomo jakie instrumenty. Na szczęście Hélène Dujardin dzieli się z czytelnikami swoimi pomysłami na domowe „pomoce”, jak np. prześcieradło w roli dyfuzora, czy stare deski (albo nowe deski ze sklepu dla majsterkowiczów, odpowiednio pomalowane) jako niedrogie tła.
W końcowej części książki Hélène Dujardin zajmuje się bardzo szczegółowo stylizacją potraw i tu też dzieli się swoim doświadczeniem i praktycznymi wskazówkami. Właściwie krok po kroku omawia kłopotliwe, z punktu widzenia fotografa, dania (sałatki, lody, makarony itd.) i radzi jak sprawić, by na zdjęciach wyglądały apetycznie. Część tych sztuczek jest fenomenalnie prosta, a przy tym nie wprowadza widza w błąd (co jest nagminne w fotografii reklamowej).
Jeśli chodzi o zastrzeżenia, to właściwie mam dwa i to bardzo niewielkie. Po pierwsze, książka jest napisana językiem amerykańskiego poradnika – zwiera sporo łopatologicznych wyjaśnień i powtórzeń oraz zachęt w stylu: „koniecznie eksperymentuj, nie poddawaj się jak ci nie wyjdzie, zrób tak i siak a efekt będzie fenomenalny” , co dla polskiego czytelnika jest nieco śmieszne. Po drugie (i to już zastrzeżenie do polskiego wydania), w końcowym spisie przydatnych stron internetowych (zarówno z technikami fotografii i stylizacji, jak i sprzętem, rekwizytami itp.) mogłoby się pojawić więcej polskich odnośników. Poza tymi drobiazgami więcej wad nie znalazłam. Książka Ujęcia za smakiem Hélène Dujardin jest naprawdę bardzo pomocną publikacją i polecam ją wszystkim, którzy chcą się bawić w fotografię kulinarną.






























